poniedziałek, 14 stycznia 2013

Fuck you, Hipsters! podsumowują: Najlepsze zagraniczne płyty 2012


Przedstawiamy dwadzieścia pięć najlepszych zagranicznych płyt wydanych w ubiegłym roku. 



Zbieranie, liczenie i w końcu podsumowanie - przez naszą redakcję przewinęło się naprawdę wiele typów. Musieliśmy odrzucić takie pozycje jak DIIV, Liars, Dinosaur Jr., Toro Y Moi, Ty Segall czy The Men, chociaż nie były to złe albumy. Rok 2012 obfitował w ogrom dobrej muzyki, a poniżej prezentujemy te pozycje, których słuchanie sprawiało nam najwięcej przyjemności. 


25. Hot Chip - In Our Heads
(Domino/Isound Labels)


Zawsze ceniłam muzykę chłopaków z Hot Chip, jednak chyba jeszcze żaden z ich albumów nie gościł tak często w moich słuchawkach jak In Our Heads. Uroczy głos Alexisa Taylora, energiczne bity oraz chwytające za serce melodie mogą tworzyć zarówno ścieżkę dźwiękową na wolny weekend, stanowić tło muzyczne podczas joggingu, lub też umilać rano w słuchawkach drogę do pracy. Na krążku znajdziemy także coś spokojniejszego (np. „Look At Where We Are”), jednak większość utworów utrzymana jest w stylistyce tak zwanych imprezowych bangerów.[ast]



24. Melody's Echo Chamber – Melody's Echo Chamber 
(Fat Possum/Isound Labels)


Dla mnie bezsprzecznie jednym z dwóch, obok Jorge’e Elbrechta, największych kozaków 2012 roku jest Kevin Parker. Nie tylko jako Tame Impala nagrał Lonerism, nie tylko dograł bębny na albumie Pond Beard, Wives, Denim, ale jeszcze wyprodukował (i zagrał na kilku instrumentach) debiut Melody Prochet, ukrywającej się pod pseudonimem Melody’s Echo Chamber. W połączeniu ze świetnymi kompozycjami francuskiej piosenkarki, tej dwójce udało się stworzyć jeden z najciekawszych albumów zeszłego już roku. Pełny dziewczęcego uroku wokal, raz opada łagodnie na delikatnych, wymuskanych fakturach („Snowcapped Andes Crash”), czasem przetworzony sam staje się głównym budulcem piosenki („Quand Vas Tu Rentrer?”), a innym razem wpada w płomienne objęcia, pełnokrwistych faktur („Some Time Alone, Alone” czy choćby „You Won't Be Missing That Part Of Me”). Fajnie, że Melody znalazła czas i wpadła na nasze podsumowanie.[sko]


23. Graham Coxon - A+E
(Parlophone/EMI Music) 

Chyba największy wygrany brytyjskiego rocka. Kapitalny album solowy i wielki powrót z Blur. Czy można wymagać od życia więcej? A+E to kapitalna zabawa rytmem, to kapitalne riffy, to jak zwykle dobry śpiew, to przede wszystkim najlepszy album wydany pod jego imieniem i nazwiskiem. Każdy kawałek to potencjalny singiel i pewny przebój. Pomyliłem się tylko w recenzji płytowej. A+E nie udało się niestety załapać do top piętnastki roku, ale chyba i tak jest nieźle?[pst]


22. Grimes – Visions
(4AD/Arbutus)






Grimes albo się kocha, albo jej nie cierpi. Niezależnie do której grupy należymy, musimy przyznać, że ta urocza Kanadyjka porządnie zatrzęsła rynkiem muzycznym w tym roku. Po mniej popularnych dwóch pierwszych wydawnictwach, Boucher w 2012 roku nagrała album Visions, który stał się jednym z ulubionych krążków wyjadaczy z Pitchforka i jemu podobnych portali. Pomysł Grimes na muzykę może nie był rewolucyjny, niemniej jednak swoją koncepcję pokręconej, ascetycznej elektroniki potrafiła ubrać w niezwykle kolorowy i przebojowy kostium. To świetnie współgra z jej scenicznym wizerunkiem będącym połączeniem delikatnej japońskiej księżniczki o wyjątkowo wysokim głosie z groźnym raperem z przedmieść. Jestem niezwykle ciekaw, co Claire Boucher nam zaprezentuje w 2013 roku. Mam nadzieję, że coś równie niezwykłego i ciekawego, co w roku ubiegłym.[wir] 




21. How to Dress Well - Total Loss
(Weird World/Isound)


Powtarzając antyczną mądrość, dwa razy do tej samej rzeki raczej się nie wchodzi, chyba że ów strumień znajduje się po drugiej stronie. Oniryczne, post-mortalne podróżne spod znaku wiecznego odpoczywania w rytmie R’n’B z debiutanckiego albumu  How To Dress Well Love Remains, na Total Loss przybierają bardziej witalną, chociaż wciąż nostalgiczną formę. Tom Krell potrafi śpiewać, ma falset i nie zawaha się go użyć. Mimo przejmujących tekstów na poziomie otwierających słów "You were there for me when I was in trouble", po przesłuchaniu całego albumu w pamięć zapada najbardziej energetyczne „&it was you”, szczególnie w remiksie znanego z kolaboracji z Talabotem Pionala. [dom]
Przeczytaj recenzję albumu

20. Ringo Deathstarr - Mauve
(Club AC30)




Najnowsza płyta teksańskich shoegazerów raczej nie załapała się na listy rocznych podsumowań. Co więcej, większość głosów na temat tego albumu to głosy negatywne. Mauve krytykowane jest przede wszystkim za wtórność, brak łatwo dających się zapamiętać, charakterystycznych melodii czy kompozycyjnej finezji. Być może przy fenomenalnym Colour Trip najnowszy album wypada nieco słabiej, ciągle jednak Ringo Deathstarr to jeden z najlepszych shoegaze'owych składów, który regularnie nagrywa płyty. Moją ulubioną cechą Mauve jest specyficzna transowość – gdzieś na przecięciu punk-rocka, a ambientu. Tej płyty słucha się ciągiem. Pierwszy kontakt z materiałem nie powala na kolana, jednak tej płycie trzeba dać nieco więcej czasu. Ostatnie wydawnictwo Ringo Deathstarr było najczęściej słuchaną przeze mnie płytą wydaną w minionym roku![lem]

19. Kendrick Lamar - Good Kid, m.A.A.d. City
(Interscope/Aftermath/Top Dawg)

Debiutancki longplay Kendricka Lamara jest jednym z ciekawszych wydawnictw zeszłego roku i prawdopodobnie najlepszym hip-hopowym albumem. Kendrick Lamar zaledwie w ciągu roku osiągnął status gwiazdy rapu i bez skrupułów wdarł się ze swoją muzyką do mainstreamu, robiąc tam niezwykłe zamieszanie. Już w 2011 roku recenzenci zauważyli Kendricka, ale dopiero gdy ukazało się Good Kid M.A.A.D. City oszaleli na jego punkcie. Na szczęście doskonałe oceny i zachwyty nad jego raperem pokrywają się z rzeczywistą wartością tego, co ma do zaoferowania ten dwudziestopięcioleci chłopak. Lamar nagrał płytę inteligentną i zróżnicowaną, niepozbawioną ambitnych tekstów, jak i imprezowych bangerów, również trzymających świetny artystyczny poziom. Idealnie wpasował się pomiędzy inne wydawnictwa starych wyjadaczy i obwieszonych złotem pozerów. Część sukcesu Lamar zawdzięcza również kapitalnym i bardzo oszczędnym featuringom, między innymi gościnnie na płycie wystąpił Dr. Dre.[wir]

18. Dusted - Total Dust
(Polyvinyl)
W recenzji pisałem, że bardzo długo zabierałem się do Total Dust i był to jeden z moich ubiegłorocznych błędów muzycznych. Słowa te podtrzymuję, bo debiutancki album Dusted wart jest każdej odsłuchanej minuty. Ładne, ujmujące piosenki to znak rozpoznawczy nowej formacji członka Holy Fuck, Briana Borcherdta. Tylko przykro na sercu, że Dusted są jeszcze tak mało znani u nas w kraju.[pst]
Przeczytaj recenzję albumu


17. Spiritualized – Sweet Heart Sweet Light
(Double Six/Isound)
Z Jasonem Pierce’em jest trochę jak z Nasem – obaj nagrali swoje największe arcydzieła w latach dziewięćdziesiątych, których już raczej nigdy nie przeskoczą. Nad Nasem ciąży piętno genialnego Illmatica, a nad Pierce’em oczywiście cudowny Ladies And Gentlemen We Are Floating In Space. Jednak obaj wciąż próbują, w tym roku ich wysiłki się zbiegły: Nas wydał świetny krążek Life Is Good, a Pierce wraz ze swoim zespołem Sweet Heart Sweet Light. I oczywiście obaj polegli ze swoimi największymi dokonaniami, choć takie płyty ciężko jednak uznać za porażki. Ale skupiając się już na wyłącznie na Pierce’ie, trzeba odnotować, że gość tworząc taki, a nie inny materiał, nie tylko spogląda w głębię własnych dokonań (czy to Spiritualized czy jeszcze Spaceman 3), ale nadal obdarza czcią Velvetów. No i wiadomo, płyta ma wzniosły oraz przesycony patosem charakter. Paradoksalnie wszystkie te, jakby nie patrzeć, zarzuty J. Spaceman obraca w atuty, tworząc spójne, misternie dopracowane i po prostu piękne utwory w duchu muśniętego psychodelią rocka lat 60-tych. Poziomu Ladies And Gentlemen może nie ma, ale tak naprawdę, kogo to obchodzi?[sko]
Przeczytaj recenzję albumu

16. Andy Stott – Luxury Problems
(Modern Love)
Andy Stott dokonał czegoś, co od dłuższego czasu nie udało się żadnemu producentowi IDM, a właściwie żadnemu muzykowi – naprawdę mnie zadziwił i zaprezentował muzykę, jakiej nie wyobrażałem sobie wcześniej. Zasadniczo jest to ambient/dub techno, ale bezduszność i minimalizm typowy dla tego gatunku zostały u Stotta wzbogacone o dodatkowy koloryt, jakim są zasamplowane damskie wokale. Wokół każdej zaśpiewanej frazy muzyk oplata bity i basy, regularne niczym manewry północnokoreańskiego wojska na defiladzie. Wszystko to działa, hipnotyzuje, dotyka, tworzy niesłychany, mroczny klimat i pozwala stworzyć coś, o czym nikomu się chyba nie śniło – świeży i niezależny IDM kilkanaście lat po zmierzchu tego gatunku. Taki wyczyn, oczywiście, zasługuje na największe uznanie! [sia]



15. Jack White - Blunderbuss
(Third Man Records/Sonic)
 

Jest album, który nazywa się Blunderbuss, i ciężka flinta do polowań na Anglików, która również nazywa się Blunderbuss. Bardziej wystrzałowa jest jednak album. Od czasów rozstania z kultowym White Stripes i zakończenia współpracy z siostrą+żoną+dawczynią nazwiska(?), White chadzał różnymi ścieżkami, bardziej udanymi jak The Dead Weather, i mniej jak Raconteurs, by w tym roku zadebiutować solo – wciąż z tymi samymi nienagannymi manierami wokalnymi, kreatywny fanatyk bluesa z Detroit, choć stonowany, to w nowej formule wciąż pomysłowy; współpraca z kilkunastoma zaprzyjaźnionymi artystami znacznie urozmaiciła jego repertuar – choćby parkietowy wymiatacz „I’m Shakin” dowodzi niezbicie, że White lubi zabawę formą ze sporą wzajemnością, i ten eklektyzm na Blunderbuss nie szkodzi mu za grosz. Od czasu surowych gitarowych galopad z „Seven Nation Army” muzyczny świat zrobił krok do przodu (co wcale nie musi znaczyć, że w dobrym kierunku), White zrobił pół. Nie daj Boże, żeby zrobił drugie pół by go gonić, ale póki co jest raczej nieźle. Kiedyś Jack był chyba trochę oryginalniejszy, dziś jest bardziej stylowy. Okrzepł, trochę fajnie, trochę szkoda, ale na Blunderbuss raczej to pierwsze.[wia]
Przeczytaj recenzję albumu


14. Cloud Nothings - Attack on Memory
(Carpark)


Bajka o tym, jak z siódmej wody po The Wrens stać się jednym z najbardziej klawych kontynuatorów ich tradycji. Wystarczyło trochę się zasmucić, wyjść poza refreny i zwrotki, zaskoczyć większą ilością zdzierania gardła i ustawić Albiniego za konsoletą. Takie kawałki jak „Wasted Days” i „Our Plan” mówią same za siebie. Jeśli utrzymają obrany kierunek i nie stracą werwy, nie miałbym nic przeciwko usadzeniu ich na podium.[mro]
Przeczytaj recenzję albumu




13. Metz - Metz
(Sub Pop/SeeYouSoon.pl)
Dla mnie i najlepszy debiut roku, i najlepszy album. Kanadyjczykom wydanie tej płyty zajęło pięć lat, ale warto było czekać, to pewne. Metz nie ma słabych punktów, to płyta-energetyk: napieprzanie w gitary i perkusję przy kapitalnych rozwiązaniach kompozycyjnych. Jeśli nikt ich nie ściągnie na któryś z tegorocznych festiwali - jest baton Fajnie, że zaproszono ich na OFF Festival.[pst]
Przeczytaj recenzję albumu


12. Grizzly Bear – Shields
(WARP/Sonic)

Shields zdobywa słuchaczy przede wszystkim melodiami. Nie ma tutaj barokowej instrumentalizacji, specjalnie rozbudowanych harmonii wokalnych. Całą litanię gatunków, jaka znajduje się na stronie wikipedii dla tego albumu, można wyrzucić do kosza – Shields jest prostsze, niż się to wydaje, być może prostsze, niż sami muzycy by tego chcieli. Jest w tej płycie jakiś bezpretensjonalny urok, folk-rockowy sznyt, który sprawia, że słucha się tego tak dobrze. Umieściłbym ten album jako dokładne przeciwieństwo Helplessness Blues.  Tam – absolutny brak owego czynnika "indie", tutaj - jak najbardziej. Parafrazując, "Shields to folk-rock na miarę
naszych możliwości!"[sia]
Przeczytaj recenzję albumu



11. The Soft Moon - Zeros
(Captured Tracks/SeeYouSoon.pl)


Imperium kontratakuje - od teraz dla wszystkich, dla których w Gwiezdnych Wojnach jest za mało "space", a za dużo "opera", mogą na osłodę kupić Zeros. Chociaż w tym przypadku osłoda to nie najlepsze słowo. Gdyby ktoś przywracał na afisze postulat „Miasto-masa-maszyna”, w żyłach tej cybernetycznej bestii mogłaby pulsować muzyka The Soft Moon, a niestrudzony perkusista dbałby o rytm lepiej, niż każdy rozrusznik; ten album to ukłon w stronę lat osiemdziesiątych, chyba świadomie tak zamaszysty, by zuchwale utrzeć nim nosa współczesnym bateriom elektronicznych pomadek, korektorów od Loreal Fi i synth-błyszczyków. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich tych cudownych wariatów, których tempa fizycznie nie mogą dotrzymać tradycyjne kapele punkowe. I ten tchnący dech-bezdech na ostatnim kawałku, totalnie wwiercający się w uszy paraliż. Płyta taka jak jej okładka – błyskawica w mroku.[wia]
Przeczytaj recenzję albumu


10. Ice Choir - Afar
(Underwater Peoples)
Faceci w białych garniturach grający na kibordach podczas imprezy na plaży w Miami podczas zachodu słońca nad bezkresnym oceanem. Wokół nich piękne kobiety, jachty i szybkie samochody. Różowe neony, rozmyte odbicia, atmosfera optymizmu. Właśnie takie obrazy przychodzą mi do głowy, gdy słucham Ice Choir. W głowie każdego z nas kryje się jakieś mgliste wyobrażenie o brzmieniu lat osiemdziesiątych. Słodkie, błyszczące brokatem, ubrane w cekiny (lecz ciągle bezpretensjonalne) brzmienie zmaterializowało się w postaci Afar. Ta płyta jest dobra.[lem]
Przeczytaj recenzję albumu

 
9. Ariel Pink's Haunted Graffiti – Mature Themes
(4AD/Sonic)
Ariel po podpisaniu kontraktu z 4AD nie zwalnia tempa. Mało tego, nagrywa jeszcze lepszy album (według mnie) od wychwalanego pod niebiosa Before Today. Ciekaw jestem, jak długo ten typ będzie w stanie nagrywać tak znakomite, melodyjne i odjechane tune’y? Taki singiel jak „Only In My Dreams” czy tytułowy (ciekawe, czy tylko ja słyszę tu Fleetwood Mac circa Tango In The Night?) spokojnie mogłyby śmigać w naszych, jakże zacnych komercyjnych stacjach radiowych. W ogóle za tworzenie totalnie kiczowatych piosenek, brzmiących tak zajebiście Arielowi należy się jakiś bonus, nazwanie jego imieniem jednej ze scen na przyszłym Off Festivalu czy coś. A tak na marginesie, wyjaśnijcie mi, co w trackliście robi gwiezdny pejzaż „Nostradamus & Me”? You’re a fuckin’ freak, Ariel.[sko]
Przeczytaj recenzję albumu


8. Bloc Party – Four
(Frenchkiss/Universal)
 

Na rynku muzycznym istnieją już dziesięć lat. Nie ma osoby, która nie znałaby chociaż jednego, powstałego w tym czasie, ich utworu. Bloc Party po ponad trzyletniej przerwie w działalności, w trakcie której próbowali swoich sił w różnych projektach, powrócili z nowym, bardzo dobrym materiałem. Nie jest to niestety kolejny Silent Alarm, ale czas nieubłaganie biegnie do przodu i może dobrze, bo przynajmniej chłopacy się rozwijają. Nowa płyta to trochę świeższe brzmienie, o niebo lepsze od poprzedniego Intimacy. No i przyjemnie jest słyszeć Kele w mniej dyskotekowej stylistyce.[ast]
Przeczytaj recenzję albumu



7 Flying Lotus – Until The Quiet Comes
(Merge)

Flying Lotus po raz kolejny nagrał bardzo, bardzo dobry album.Until The Quiet Comes jest kolejnym po Los Angeles i Cosmogrammie wielkim sukcesem Stevena Ellisona. Jego nowy album wydaje się być potwierdzeniem tendencji muzyka do tworzenia coraz ambitniejszej i trudniejszej w odsłuchu muzyki. Until The Quiet Comes, pomimo kilku bardziej przebojowych utworów, jest kompilacją jedynych w swoim rodzaju eksperymentalnych kompozycji. Ta mieszanka klimatów sprawia, że płyta jest jednym z ciekawszych i lepszych około hip-hopowych wydawnictw w tym roku. Wydaje się, że Ellison nie do końca spełnił się komponując nagrania do albumu, bo nagrał w tym roku również drugi rapowy album pod pseudonimem Cattain Murphy, który jest połączeniem genialnych producenckich zdolności FL z jego niezłym głosem.[wir]
Przeczytaj recenzję albumu

6. Divine Fits - A Thing Called Divine Fits(Merge)
Chociaż w ogólnym podsumowaniu ta super grupa zajęła dopiero szóste miejsce, u mnie Britt Daniel, Dan Boeckner i Sam Brown (a takze i Alex Fischel) znaleźli się tuż za "jedyneczką". Debiutancki album zawiązanej na początku 2012 roku formacji wszystko to, czym przez tyle lat raczyli nas Spoon i Handsome Furs. Takimi kawałkami jak "Baby Get Worse", "My Love is Real", "Flaggin a Ride" czy "Like Ice Cream" to prawdziwy kosmos. "Divine" w nazwie nie jest tylko pustym słowem.[pst]
Przeczytaj recenzję albumu
5. John Talabot – fIN
(Permanent Vacation)
Fajnie, że Talabot w końcu się zebrał w sobie i wypuścił debiutanckiego longplaya. W 2012 roku nikt z taką finezją i elegancją nie zespolił ciepłego klimatu rodem z Balearów oraz przyjemnego house’owego czy deep-house’owego beatu. Ponadto hiszpański producent pozwala sobie na całkiem ciekawe eksperymenty w obrębie przyjętej przez siebie stylistyki, które potwierdzają tylko jego talent do tworzenia znakomitej, i jakby nie patrzeć, eklektycznej tanecznej muzyki. FIN.[sko]
Przeczytaj recenzję albumu


4. Godspeed You! Black Emperor - Allelujah! Don't Bend! Ascend!
(Constellation)

Bajka o tym, jak wrócić po dekadzie, nie zmienić niczego w swoim apokaliptycznym ciężarze i dalej gnieść jak za dawnych lat. Nie zaskakuje niczym poza tym, że można jeszcze zabrzmieć jak GY!BE. A o samej płycie pisaliśmy w recenzji tak: "GY!BE, poprzez nagranie Allelujah! Don’t Bend! Ascend!, potwierdziło swój status post-rockowego hegemona. W tej kategorii nikt im nie podskoczy. Kandydat na płytę roku". Za bardzo się nie pomyliliśmy.[mro]
Przeczytaj recenzję albumu 
3. Violens - True
(Polyvinyl)



Zaraz, zaraz, Violens na pudle? Przecież True to zaledwie kilka nowych piosenek, a kilka zamieszczonych jeszcze na Nine Songs, więc nic szczególnego. Racja, można i tak, ale można również tak - True to udokumentowanie wysokiego poziomu z Amoral i Nine Songs, tylko z dodaną większą gracją i wyczuciem muzycznej elegancji. Amerykanie stanęli na wysokości zadania w każdym z utworów. "Totally True", "Der Microarc", "When to Let Go"... Można wymieniać i wymieniać. Klasa sama w sobie.[pst]


2. Japandroids - Celebration Rock
(Polyvinyl)




Bajka o dwóch gówniarzach z przedmieść, którzy spimpowali „wszystko, wszystko, co najlepsze” (cyt. za Molesta) ze swojego pierwszego LP. Buchające refreny, pasja, młodość, pierdu pierdu, same petardy. Wgryzają się w głowę, ale nie urywają paluszków. Mogą się z nimi bawić też niepełnoletni.[mro] 
Przeczytaj recenzję albumu

1. Tame Impala - Lonerism
(Modular)




Chociaż Lonerism to zaledwie, jak ładnie się mówi w Internetach, sofomor zespołu, mam wrażenie, że Tame Impala zrobili znacznie więcej. Nie byłabym zdziwiona, gdyby lada chwila miało stuknąć im 10 lat obecności na scenie, połączone z benefisem w telewizyjnej Dwójce.
W psychodelicznej muzyce australijskiego zespołu brzmią najlepsze czasy spod znaku próby kwasu w elektrycznej oranżadzie, jest treściwie, syto i zaskakująco, więc czasoprzestrzeń się zagina. Lonerism króluje w rekapitulacjach 2012 zasłużenie, mimo większej eksploracji wątków popowych.  Stworzony w zasadzie zaraz po debiutanckim Innerspeaker, płynie na potężnej dźwiękowej fali „Feels Like We Only Go Backwards" czy „Elephant”, w oknach tęczowego autobusu widać truskawkowe pola i diamentowe niebo. Wystarczy odpuścić piosenkowe przywiązanie do melodii, aby zachłysnąć się jednym z najlepszych albumów zeszłego roku, jednego z najlepszych zespołów w ogóle. [dom]
Przeczytaj recenzję albumu


Tekst przygotowali: Dominika Chmiel, Wojciech Irzyk, Jakub Lemiszewski, Mateusz Romanoski, Jędrzej Siarkowski, Tomasz Skowyra, Agnieszka Strzemieczna, Piotr Strzemieczny, Jacek Wiaderny

Wybór dokonany poprzez głosowanie wszystkich członków FYH!








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zostaw wiadomość.

Prześlij komentarz