Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Syf. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Syf. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 lutego 2012

Die Antwoord – Ten$ion (2012, Zef Recordz)

Sophomore Die Antwoord pozostawia jednak t r o c h ę do życzenia.

sobota, 24 grudnia 2011

Lou Reed and Metallica - "Lulu" (2011, Warner Bros)

Lou Reed i Metallica? To nie mogło się udać.
 

piątek, 23 grudnia 2011

Olivia Anna Livki - "The Name Of This Girl Is" (2011, Kayax)

Obecnie transmitowane programy telewizyjne, mające na celu wyszukanie i wypromowanie muzycznych talentów są bardzo popularne. Łatwo można się w nich wybić, nawet jeśli nie posiada się talentu wokalnego. Doskonałym przykładem takiego tworu jest Olivia Anna Livki – uczestniczka jednego z tego typu programów w polskiej telewizji.

Patrick Wolf – „Brumalia” EP (2011, Mercury Records)

Zaczynając pisać tę recenzję zorientowałam się, że wcale nie słucham tego, co leci w słuchawkach. To była bezwiedna obrona moich uszu i mózgu przed dojmująco złą muzyką. Patrickowi Wolfowi bowiem mało było koszmarnego nowego albumu, postanowił nagrać jeszcze gorszą EP-kę. A ja mam ochotę wyrzucić komputer przez okno.
 

sobota, 22 października 2011

The Kooks - Junk Of The Heart (2011, Virgin)

Gdyby Luke Pritchard naprawdę chciał, abyśmy poczuli się szczęśliwi, pierwszym singlem The Kooks byłoby „You Don’t Love Me”, drugim „Match Box” a potem….Potem nie byłoby The Kooks. Niestety ten zespół nadal istnieje i wydał kolejną, jakże żenującą płytę.

piątek, 24 grudnia 2010

WTF?! Świąteczne piosenki: Przez te płyty nie pójdziesz do Nieba

Tak, Święta będą średnio białe. I nie łudźmy się, że puszczanie „White Christmas” (w różnych wersjach) cokolwiek zmieni. Czy będzie to The Kelly Family, Edyta Górniak, Krzyś Antkowiak czy Bing Crosby, nic nie pomoże. Tak samo, jak nic nie pomoże na zalewający nas z każdej strony świąteczny syf (wspominaliśmy o tym trochę tu, a trochę także i tu). A tego (syfu oczywiście) jest baaardzo dużo. Jej, nawet nie wiemy od czego zacząć. W sumie to nawet nie wiemy, czy jest sens opisywać poszczególne płyty. Możemy wymienić tylko te najgorsze w dziejach świata, które nam do głowy przychodzą.

To tak jakby kalendarium zła. Dlatego wpierw data, potem dane personalne złoczyńcy, a na końcu ten diabelski pomiot (czytaj tytuł płyty). Życzymy dobrej zabawy, niekoniecznie przy sprawdzaniu.

1994 – Mariah Carey – Merry Christmas
1994 – The Kelly Family – Christmas For All
1998 – ‘NSync – Home For Christmas
2000 – Christina Aguilera – My Kind Of Christmas
2006 – The Best Christmas Album … Ever!
2010 – Mariah Carey – Merry Christmas II You
2010 – Jessica Simpson – Happy Christmas
2010 - Now That's What I Call Christmas! 4

Więcej grzechów (płyt) nie pamiętamy. Za wszystkie (przesłuchania) bardzo żałujemy, postanawiamy poprawę (przerzucenie płyt przez niszczarkę, bo oddanie bezdomnym również jest złe i krzywdzące) i prosimy zarazem o rozgrzeszenie.

PS. Jeśli pamiętacie inne złe, bo pewnie jest ich mega dużo. Ba, jest ich mega dużo, jak choćby Ryszard Rynkowski, czy Krzyś Antkowiak christmas krążek Braci. No to jeśli pamiętacie, to podajcie je nam w komentach ;)

Piotrek.  

czwartek, 25 listopada 2010

My Chemical Romance - Danger Days: The True Lives Of The Fabulous Killjoys

Pisząc publicznie, że zamierza się napisać recenzje płyty My Chemical Romance można sobie wyrządzić naprawdę wielką krzywdę. Można zniszczyć sobie psychikę, złapać doła, ogólnie – wbić się na minę. To właśnie uczyniłem ze sobą ja.

Pamiętam stare piosenki MCR. Nie było to coś, co chciałbym, aby zostało w mej pamięci. Pamiętam ich wersję „All I Want For Christmas Is You”. To było bardzo złe. Chyba zbyt uwierzyłem NME, bo to tam zobaczyłem, że najnowsza płyta zespołu pochodzącego z New Jersey może być dobra – dostała 8 na 10! O ja głupi. O ja naiwny. Nie powinienem wierzyć. Chemiczni nie zmienili się, wciąż grają wielką kupę syfu, muzykę nie do określenia, próbują bawić się stylami, wrzucając do swoich kawałków przeróżne gatunki muzyczne. Wciąż pan wokalista – Gerard Way – jęczy, płacze. Wszystko idzie z mizernym skutkiem.

Co z tego, że chłopacy z MCR się starają? Co z tego, że próbują grać agresywnie? (nie wychodzi im to. Większa agresja bije od głodnego wróbla) Że są przehajpowani i przedstawiani jako jeden z lepszych bandów popowo-rockowych? Ktoś może powiedzieć przecież, że Kupicha i spółka wnoszą prawdziwą świeżość do „polskiego nzalu”. To będzie taka sama prawda.

Cała „muzyka” tworzona przez My Chemical Romance jest zła. To zarzynanie kota o poranku. To, nie bójmy się tych słów, dawanie dupy na dworcu Warszawa Włochy pobliskim menelom i patologii. To propagowanie złych wzorców emo-sremo, tak popularnych wśród fanów tejże grupy. To zapuszczanie grzywki do podbródka. To cięcie żyletką w kącie w ciemnym pokoju. To przede wszystkim emocjonalna prostytucja androgenicznego wokalisty, który chyba już 33 rok życia nie potrafi odpowiedzieć sobie na pytanie „czy ja jestem chłopcem, czy jednak nie?”.

Najgorsze jest to, że Gerardowi i spółce to się podoba. Więc zapamiętajmy rok 2001. To wtedy na świat przyszedł ten szatański pomiot o twarzy zbitego emo.

PS. Bo zapomniałem o płycie czegoś powiedzieć – ciekawszy papier toaletowy – ten z Rossmanna, w renifery, christmas edition

Ocena: 1/6

Deser

niedziela, 21 listopada 2010

French Horn Rebellion - The Infinite Music Of French Horn Rebellion

Czytaliście „Ferdydurke” Gombrowicza? A pamiętacie tam taki fragment o tym, że „Syfon zgwałcił Miętusa w ucho”? No właśnie, otóż na koncercie French Horn Rebellion jako support przed Cut Copy moje uszy zostały zgwałcone, i to nie jeden raz…

Ogólnie ich występ uznać można było za fajny show, pełny interakcji z widownią, dużo żywiołowego zachowania i… i tyle powinno się o tym powiedzieć, bo muzycznie to była klapa. Uszy wykorzystano, momentami również i oczy. Tak się stało ostatnio, że ten „zadziwiająco zdolny” (czytaj przehajpowany) zespół wydał swoją debiutancką płytę zatytułowaną The Infinite Music Of French Horn Rebellion.  Gdzie ta muzyka jest nieskończona, to ja nie wiem. Pewny za to jestem tego, że płytę po wysłuchaniu (nawet niecałym, można i po 2-3 piosenkach, jeśli się jest masochistą) należy nie tyle oddać do Caritasu, ale połamać i stopić (byle nie w kominku, bo sąsiadom i na ulicy będzie śmierdzieć!).

Czternaście kawałków, blisko 55 minut katowania uszu, a przy okazji lansowanie się lookiem  na hipsterów + powielanie popularnych ostatnio trendów. O, tak w skrócie można opisać twórczość dwóch braci pochodzących z Milwaukee - Roberta i Davida Perlick-Molinarich.

Nie rozumiem dlaczego FHR są aż tak lansowani jako „coś nowego na rynku”. To przecież przereklamowany, słaby gatunkowo electropop, jakiś tam dance-pop, ale nie synth-pop, na pewno nie „porywający synth-pop” (tak wymyślił sobie Pitchfork [sic!]) . A tak właśnie opisywani są ci „młodzi zdolni”. To tak, jak gdyby dresy firmy Fila zostały nazywane od teraz smokingami.

Płyta jest słaba, nie wynajduję w niej żadnych nowych brzmień. To powielanie starych formuł, bazowanie na tym, czego możemy słuchać od baaaardzo dawna. Jeśli ich debiutancki singiel Up All Night został wybrany przez BBC1 na singiel tygodnia, a magazyn MixMag jako Elektro Singiel Miesiąca, to coś tu jest nie tak. Lepiej było sobie puścić np. Late Of the Pier i kawałek Focker albo Heartbeat. Doprawdy, to lepsze piosenki.

Ocena: 1.5/6 (bo widziałem na żywo – to było zarazem żenujące i śmieszne. No i jeszcze szacuj dla chłopaków. Nagrać 14 kawałków trwających prawie godzinę – to nie lada wyczyn. Dlatego ta połówka)

Deser

niedziela, 24 października 2010

Interpol - Interpol

Dziwna sytuacja. Wcisnąłem "play" w odtwarzaczu, muzyka zaczęła grać i nawet nie zauważyłem, kiedy zmieniały się kawałki. Ba, nawet nie spostrzegłem, kiedy płyta się skończyła. Przez całe 44 minuty (nie wiem, czy dobrze dodałem czas wszystkich piosenek) moje uszy nie wyczuły niczego, co byłoby warte uwagi. Co byłoby nowe, nieskazitelne. I nawet jeśli Interpol celuje w najbardziej depresyjną indie grupę XXI wieku, to robi to słabo. Te wszystkie patenty i sposoby już dawno się przejadły, nudzą. A jeśli miały smucić odbiorców, to nie robią tego w zamierzony przez Paula Banksa sposób. No chyba, że wokal chciał zrazić do grupy swoich fanów. I najnowszym wydawnictwem nazwanym, jakże twórczo, "Interpol", nowojorczycy chyba tego dokonali.

Wypalenie zespołu odznacza się nie tylko brakiem pomysłu na tytuł najnowszego long play'a. To także odejście Carlosa Denglera, dotychczasowego basisty Interpolu, ale również i brak pomysłów na nowe brzmienia. Na "Interpol" (beznadziejna nazwa płyty, co?) otrzymujemy... w sumie to nic nie otrzymujemy, bo to wszystko już mieliśmy na wcześniejszych płytach. Niech grupa się rozpadnie, Banks (albo Julian Plenti - kto jak chce) kontynuuje solową karierę i z takim samym rozmachem ją zakończy. Coś się skończyło, nie teraz. Już jakiś czas temu. Niektórzy słuchacze dawno to zrozumieli, innych czeka to już niedługo. Interpol, zrozumcie i wy!

Ocena: 1/5

Deser