Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emo. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 grudnia 2015

RECENZJA: COOL. - Three


środa, 8 lipca 2015

RECENZJA: Contrail - Demo


piątek, 20 marca 2015

RECENZJA: Cloakroom - Further Out


sobota, 30 sierpnia 2014

LOST CONTINENT #1


Jako że Popłacz razem z nami chwilowo (albo na dłuższy czas) znajduje się w stanie lost in translation, prezentujemy nowy dział Lost Continent. Bastian Najdek, założyciel iZine'a LOST opisuje ciekawe, choć może niedoceniane (niesłusznie) płyty. W pierwszym numerze Joyce Manor i 52 Hertz. 

sobota, 26 kwietnia 2014

POPŁACZ RAZEM Z NAMI #2: Michał Pydo, whiteclaudia, Den Drones



Mateusz Romanoski bierze "pod lupę" wydawnictwa znane i te mniej znane. W drugiej części "Popłacz razem z nami" opisuje... A zresztą zobaczcie sami!

sobota, 19 kwietnia 2014

Popłacz razem z nami: Chuck Bass, ГРУНТ, Backseat Lover, Baton Rouge


Mateusz Romanoski bierze "pod lupę" wydawnictwa znane i te mniej znane. W pierwszej części "Popłacz razem z nami" opisuje... A zresztą zobaczcie sami. 

niedziela, 10 lutego 2013

Recenzja: This Town Needs Guns - "13.0.0.0.1" (2013, Sargent House)


Nadal dużo math-rocka, ale niepokojąco sporo emo odchyłów.


piątek, 24 czerwca 2011

Thursday - No Devolución (2011, Epitaph)

Miło jest czasem się pomylić, szczególnie kiedy mylimy się w sprawie, bądź co bądź, klasyków new yerseyowskiej post-hardcorowej szkoły. 

piątek, 10 czerwca 2011

Setting The Woods On Fire - Ruins EP (2011, Engineer Records)


Energicznie, z życiem i mocno. Ruins to klasyczna pozycja dla każdego fana post-hardcore’u.

środa, 6 kwietnia 2011

Bear vs Shark - będzie reedycja debiutu

9 maja Big Scary Monsters Records wypuści reedycję debiutanckiego albumu Bear vs Shark, Right ‎Now, You’re in the Best of Hands. And if Something Isn’t Quite Right, Your Doctor Will Know in a Hurry. ‎Płyta zostanie wydana na winylu I prócz normalnego materiału znajdą się na niej dwa niewydane ‎wcześniej bonusowe tracki. ‎

czwartek, 25 listopada 2010

My Chemical Romance - Danger Days: The True Lives Of The Fabulous Killjoys

Pisząc publicznie, że zamierza się napisać recenzje płyty My Chemical Romance można sobie wyrządzić naprawdę wielką krzywdę. Można zniszczyć sobie psychikę, złapać doła, ogólnie – wbić się na minę. To właśnie uczyniłem ze sobą ja.

Pamiętam stare piosenki MCR. Nie było to coś, co chciałbym, aby zostało w mej pamięci. Pamiętam ich wersję „All I Want For Christmas Is You”. To było bardzo złe. Chyba zbyt uwierzyłem NME, bo to tam zobaczyłem, że najnowsza płyta zespołu pochodzącego z New Jersey może być dobra – dostała 8 na 10! O ja głupi. O ja naiwny. Nie powinienem wierzyć. Chemiczni nie zmienili się, wciąż grają wielką kupę syfu, muzykę nie do określenia, próbują bawić się stylami, wrzucając do swoich kawałków przeróżne gatunki muzyczne. Wciąż pan wokalista – Gerard Way – jęczy, płacze. Wszystko idzie z mizernym skutkiem.

Co z tego, że chłopacy z MCR się starają? Co z tego, że próbują grać agresywnie? (nie wychodzi im to. Większa agresja bije od głodnego wróbla) Że są przehajpowani i przedstawiani jako jeden z lepszych bandów popowo-rockowych? Ktoś może powiedzieć przecież, że Kupicha i spółka wnoszą prawdziwą świeżość do „polskiego nzalu”. To będzie taka sama prawda.

Cała „muzyka” tworzona przez My Chemical Romance jest zła. To zarzynanie kota o poranku. To, nie bójmy się tych słów, dawanie dupy na dworcu Warszawa Włochy pobliskim menelom i patologii. To propagowanie złych wzorców emo-sremo, tak popularnych wśród fanów tejże grupy. To zapuszczanie grzywki do podbródka. To cięcie żyletką w kącie w ciemnym pokoju. To przede wszystkim emocjonalna prostytucja androgenicznego wokalisty, który chyba już 33 rok życia nie potrafi odpowiedzieć sobie na pytanie „czy ja jestem chłopcem, czy jednak nie?”.

Najgorsze jest to, że Gerardowi i spółce to się podoba. Więc zapamiętajmy rok 2001. To wtedy na świat przyszedł ten szatański pomiot o twarzy zbitego emo.

PS. Bo zapomniałem o płycie czegoś powiedzieć – ciekawszy papier toaletowy – ten z Rossmanna, w renifery, christmas edition

Ocena: 1/6

Deser