Pisząc publicznie, że zamierza się napisać recenzje płyty My Chemical Romance można sobie wyrządzić naprawdę wielką krzywdę. Można zniszczyć sobie psychikę, złapać doła, ogólnie – wbić się na minę. To właśnie uczyniłem ze sobą ja.
Pamiętam stare piosenki MCR. Nie było to coś, co chciałbym, aby zostało w mej pamięci. Pamiętam ich wersję „All I Want For Christmas Is You”. To było bardzo złe. Chyba zbyt uwierzyłem NME, bo to tam zobaczyłem, że najnowsza płyta zespołu pochodzącego z New Jersey może być dobra – dostała 8 na 10! O ja głupi. O ja naiwny. Nie powinienem wierzyć. Chemiczni nie zmienili się, wciąż grają wielką kupę syfu, muzykę nie do określenia, próbują bawić się stylami, wrzucając do swoich kawałków przeróżne gatunki muzyczne. Wciąż pan wokalista – Gerard Way – jęczy, płacze. Wszystko idzie z mizernym skutkiem.
Co z tego, że chłopacy z MCR się starają? Co z tego, że próbują grać agresywnie? (nie wychodzi im to. Większa agresja bije od głodnego wróbla) Że są przehajpowani i przedstawiani jako jeden z lepszych bandów popowo-rockowych? Ktoś może powiedzieć przecież, że Kupicha i spółka wnoszą prawdziwą świeżość do „polskiego nzalu”. To będzie taka sama prawda.
Cała „muzyka” tworzona przez My Chemical Romance jest zła. To zarzynanie kota o poranku. To, nie bójmy się tych słów, dawanie dupy na dworcu Warszawa Włochy pobliskim menelom i patologii. To propagowanie złych wzorców emo-sremo, tak popularnych wśród fanów tejże grupy. To zapuszczanie grzywki do podbródka. To cięcie żyletką w kącie w ciemnym pokoju. To przede wszystkim emocjonalna prostytucja androgenicznego wokalisty, który chyba już 33 rok życia nie potrafi odpowiedzieć sobie na pytanie „czy ja jestem chłopcem, czy jednak nie?”.
Najgorsze jest to, że Gerardowi i spółce to się podoba. Więc zapamiętajmy rok 2001. To wtedy na świat przyszedł ten szatański pomiot o twarzy zbitego emo.
PS. Bo zapomniałem o płycie czegoś powiedzieć – ciekawszy papier toaletowy – ten z Rossmanna, w renifery, christmas edition
Ocena: 1/6
Deser
