wtorek, 26 sierpnia 2014

KUMULACJA #1



Dla wygody naszej i czytelników postanowiliśmy systematycznie (czytaj: jak życie pokaże) prezentować wybrane polskie wydawnictwa w krótkim, nieco telegraficznym, a nieco rozszerzonym opisie. 


Jako polskie wydawnictwa rozumiemy te, które nagrali rodzimi wykonawcy lub te, które ukazały się dzięki (także) rodzimym wytwórniom. Na pierwszy rzut idą dwie kompilacje prezentujące dwa odmienne rejony geograficzne: Lublin i Mysłowice. Czy twierdzenie, że Lubelszczyzna to jeden z prężniej rozwijających się niezal-ośrodków? A może to Mysłowice jawią się obecnie nie tylko jako kolebka OFF Festivalu, ale też twórcze zagłębie? W pierwszym „odcinku” Kumulacji rzucamy okiem na ostatnie wydawnictwa MonotypeRec (nie wszystkie, coś musi być w drugiej części, przecież) i epkę debiutantów z Warszawy, The Lights.


The Lights - The Lights EP2014, wyd. własne

Jak wskazuje sama nazwa, debiutancki album warszawian to raczej minialbum z gatunków tych mini-mini. Na The Lights EP zespół znalazł miejsce tylko dla trzech nagrań. Płytę pewnie bym przeoczył, bo ani nie podesłali żadnej wzmianki (zespole, ucz się - trzeba informować innych o płycie!), ani znajomi jakoś się nie zasłuchiwali. I pewnie by tak było, gdyby nie fakt, że Lights wystąpili ostatnio w Hockach Klockach, gdzie akurat - zawodowo - byłem. I zagrali na tyle w porządku, że nad The Lights EP warto się pochylić. Pewnie, nie ma się co zanadto zachwycać, nie ma co rzucać frazesami, że gorący debiut, że gitary nie umierają (używającym tego sformułowania trzeba rzucić gromkie i szerokie jak banan LOL) lub też, że mistrzostwo. Co to, to nie. Ale jest poprawnie, dość ciekawie, z jakąś tam nadzieją na bliższą lub dalszą przyszłość. Da się wyłapać sporo inspiracji Wyspami, dużo jest motywów, które już się kiedyś gdzieś tam słyszało. O, chociażby najlepszy czy też najbardziej chwytliwy na epce „Mindblocks” rytmem może kojarzyć się z „Like Knives” takiego śmiesznego kiedyś zespołu The Fashion czy innymi Red Hot Chilli Peppers, czasem Placebo ze starych czasów, zwłaszcza w końcówce „When We Speculate”, a refren otwierającego wydawnictwo „Brakes” - poprzez swoje falsety - orbituje gdzieś przy kawałkach z Myths of the Near Future. To tylko zbitki myślowe, niby dyskredytujące inwencję twórczą chłopaków, ale tak naprawdę Lights EP to ciekawa rzecz. Kiedy usłyszałem „Mindblocks” podczas gigu, wiedziałem, że gdzieś to już słyszałem. To chwytliwe nagranie, tak samo, jak chwytliwe i z popowym wydźwiękiem są pozostałe piosenki. 


***

Różni Artyści - Mysłowice dobrze brzmiące 2
Falami, 2014

Nie wiem, jak brzmiała pierwsza część tej kompilacji, ale chyba nie muszę się dowiadywać. Wystarczy spojrzeć na spis artystów, by wiedzieć, jak Mysłowice dobrze brzmiące 2 brzmią. Płytę otwiera żyjący umarlak, którego reanimowano w ciągu tych kilkunastu lat już kilka razy, a ostatnia operacja (wrzucenie Michała Kowalonka na wokal) była najgorszą, jaką w historii Myslovitz przeprowadzono. „Być jak John Wayne” to mierny utwór, którym nie powinno się promować regionu, nawet jeśli sama nazwa zespołu NADAL rzuca niektórych (o dziwo) na kolana. 
Przyznam się, jestem laikiem, jeśli chodzi o mysłowicką scenę. Znam Milcz Serce, kojarzę Holly Blue (jej płyta nie urzekła mnie w ogóle), a gdy wybuchał hajp na Nathalie Loves You, chyba musiałem przełączyć zawsze niewłączone radio i zamknąć facebooka. O niebo lepiej prezentowało się Iowa Super Soccer (tam występowała Natalia Baranowska). Czary Mary Koszmary i Ćmy nudzą swoim niewyrazistym charakterem, Delons musieli zasłuchiwać się we wspomnianych wcześniej Myslovitz, a „Skąd mogłem wiedzieć, że znam ptasi język” to najlepszy dowód. Poprobot może doprowadzić do muzycznej niestrawności (serio), a Soundpetersburg brzmi jak jakieś Őszibarack/Husky/Smolik (proszę skreślić niepotrzebne). 
Chociaż ciężko tutaj znaleźć ciekawe momenty, do takich można w sumie zaliczyć nagranie Korbowodu („Secret”) i Fabilus Tenz - syntezatory w „Drodze Smoczej Krwi” naprawdę prezentują się mocarnie. 
Co jest warte podkreślenia, każde wydawnictwo Falami prezentuje ciekawą szatę graficzną tudzież koncept wydawniczy (powtórzenie słowa niezamierzone). To należy docenić, bo wytwórnia pod tym względem trzyma poziom. Muzycznie dużo gorzej.


***

Różni Artyści - Nowa LUBELSKA muzyka
BSNK. Magazyn Kulturalny, 2014

Fajnie, że w tytule region, skąd pochodzą zespoły, wydawca (lub grafik) puścił KAPSLOKIEM. Fajnie, że zebrano kilkunastu wykonawców na jednej płycie. Szkoda, że album jest bardzo nierówny. Artystów z Nowej LUBELSKIEJ muzyki można znać, można kojarzyć, można też bez większej żenady głośno powiedzieć, że się ich nigdy nie słyszało. Jak to w kompilacjach bywa, wielki misz-masz nie wpływa dobrze na samą percepcję materiału. Są utwory dobre, są też takie o prezencji Małego Głodu - koszmarki. I zacznę od tych niewypałów, bo z nimi zawsze jest łatwiej. Rażą nagrania Na Tak (za coś zostali zjebani w ubiegłym roku, a powodów było kilka), „Nie lubię” z repertuaru Miąższu poznałem oglądając dzień dobry tvn i tak, w telewizji śniadaniowej jest miejsce dla tego zespołu. Melodie ciekawe jak filmy Woody'ego Allena, teksty słodkie jak landrynki zmieszane z watą cukrową popitą pepsi max bez gazu i w temperaturze piasku na plaży. Ble. Fanem Crab Invasion też nie jestem, a „One Day” to bodaj najgorszy ich utwór (i ten teledysk walentynkowy, brrr, słodziak). Mel Tripson kojarzy się z jakimś ugładzonym Limp Bizkit, a dalej jest już albo średnio, albo stosunkowo w porządku. Nie zawodzi Jakub Zamojski, który nagrał dobrą płytę (recenzja całości tutaj), Infradźwięki też nie mogły spieprzyć sprawy. Mohipisian mieli strasznie złą prasówkę, a raczej zespoły, które zespół wymienił jako swoje inspiracje, odstraszały. Na papierze wyglądało to gorzej, w warstwie muzycznej nie jest tak źle, chociaż mocno wieje Jackiem Whitem (to nie jest komplement). Fajnie kombinują Stonkatank, których - przyznaję się bez bicia - nie znałem. Końcówka „Satisfight” to bodaj najjaśniejszy punkt Nowej LUBELSKIEJ muzyki. Nieźle też wypada ParaVan, chociaż melodia zbytnio kojarzy się z The xx z debiutanckiej płyty. 
Jest kilka momentów, które przemawiałyby za tym wydawnictwem, ale całościowo przypomina to ten serial z Jedynki, który opowiadał o Lublinie. Niby wszystko ładnie i pięknie, ale... no też nie do końca. 


***

Derek Piotr - Tempatempat
MonotypeRec, 2014

Derek Piotr w Polsce się urodził, obecnie mieszka gdzieś w Nowej Anglii. Dla Monotype nagrał Tempatempat i jeśli ktoś był zawiedziony poziomem wcześniejszych wydawnictw, uwaga, teraz zaczynają się te fajne. Przy Tempatempat dobrze się śpi. Zasypiałem przy tej płycie jak leciałem do Oslo. Zasypiałem przy niej, jak wracałem z Frankfurtu. Ustawiałem sobie też album Dereka jak byłem w Oslo i nawet niedawno sobie to zapętlałem na dobranoc. Pierwszy raz padłem na wysokości „Mandali”, potem już chyba przy „Encloses”, a ostatnio przeleciała mi PRAWIE cała płyta i zasnąłem. Nie, nie chodzi o to, że Tempatempat jest jakieś nudne czy coś. Zasnąć można i przy Jamesie Blake'u (na Open'erze jak grał w namiocie), Enter Shikari (jak byłem kiedyś tam w Olsztynie) czy nawet przy radiu Złote Przeboje, co było dość trudne, ale w końcu się udało - chyba że ktoś lubi. Ale jeśli lubi, to nie wiem, co tutaj robi. Rzecz w tym, że Tempatempat to album dość eteryczny, wydzielający coś jakby aurę spokoju, choć zależy, co kto uznaje za spokój. Tym razem mamy niby koncept poświęcony brzmieniom z Indonezji, obudowanym w większej mierze na zabawie, modulacji i obróbce samego głosu Dereka. Czasami kombinacje wydają się lekko męczące, jednak w całościowym rozrachunku Tempatempat powinno się jednak odbierać pozytywnie. „Mandala” wpada w ucho dzięki swojemu prostemu i równemu rytmowi, na który stopniowo nachodzi przesterowany wokal, wychodzący tym samym na pierwsze miejsce. „Encloses” zaczyna się od rozciągniętych syntezatorów, które przerywa pocięty - a jakże - wokal. 


***

Gaap Kvlt - Void
MonotypeRec, 2014

Gaap Kvlt nagrywał ciekawe epki dla BDTA jeszcze jakiś czas temu. Jakość zaowocowała skokiem do Monotype i długograjem. Void rozszerza to, co można było usłyszeć na Untitled (którymkolwiek) czy Inconuu. Chociaż słowo „rozszerza” może nie jest tutaj najtrafniejszym określeniem. Void wydłuża ustanowione już wcześniej schematy. Toteż nie będzie błędem rzucanie takimi frazesami jak ambientowe pejzaże, smętne syntezatory, ascetyczny charakter nagrań czy prostota brzmieniowa. Wysilać się na takie zdania można i można, tylko po co? Utarł się kiedyś taki gatunek jak witch-house, dość popularny na przełomie 2010-2012, ale możliwe, że i później coś takiego się ukazywało. Kompozycje Gaap Kvlt trochę do tamtejszych przebojów nawiązują, a to za sprawą swojego leniwego tempa i po prostu nagromadzenia złowieszczych melodii. Melodii oczywiście kursywą, bo te rozciągnięte syntezatory brzmią jak... jak wydłużone partie syntezatorów, co całkiem zgrabnie współgrałoby z jakimś horrorem o dybuku lub innych upiornych stworzeniach. Wyłapać można też industrialne pogłosy, użyte to w „Peganum Harmala” lub w „Ritual” (a na dobrą sprawę w większości kawałków), da się usłyszeć też takim „Far”. Oczywiście, nie ma róży bez kolców, psa bez letnich kleszczy, a po upalnych dniach często przychodzą mocne i obfite burze, więc nie dziwią też słabsze momenty Void. Zupełnie nie styka „Might”, które brzmi, jakby zostało nagrane od niechcenia; w „Evaporate” nie znajdzie się nic (n i c), co mogłoby złapać słuchacza, a końcówka ożywienia serwowana w „Poix” to jednak trochę za mało. 
Void to szalenie równe wydawnictwo, choć szaleństwa nie ma tu ani grama, a ta równość to momentami jednak tylko równość. Brakuje fajerwerków, które sprawiłyby, że o płycie Gaap Kvlt myślałoby się jeszcze przez jakiś czas po wybrzmieniu „First Steps”. 

Piotr Strzemieczny


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Zostaw wiadomość.