środa, 1 maja 2013

Recenzja: Trupa Trupa – "++" (2013, wydanie własne)


++ brzmi zdecydowanie lepiej niż debiut, jest bardziej przemyślany, lepiej wyprodukowany, ciekawszy i pełen lepszych kompozycji.











Wreszcie zima przestała gnębić polskie ziemie i obecnie możemy cieszyć się naprawdę ładną pogodą. Mamy końcówkę kwietnia, zaraz będzie maj, a potem już zacznie się prawdziwe lato (oby). I tak do września, z którym znowu zaczną się chłodniejsze dni. Ale o tym w tej chwili nikt nie myśli. Jednak każdy, kto dość uważnie śledzi polską niezalową scenę, mocno czeka na pewien zimny miesiąc. Tak jest, wszyscy ci ludzie czekają na nadejście listopada, a wraz z nim tak długo wyczekiwaną płytę Ścianki. Chodzą jednak takie słuchy, że Come November nie będzie kolejnym longplayem Cieślaka i spółki (materiał pójdzie na chwilę w odstawkę, a zespół wypuści zupełnie inny album). Ale w tej sytuacji jest wciąż zbyt wiele niewiadomych, więc proponuję to zostawić i skupić się na czymś innym. O, na przykład na nowej płycie zespołu Trupa Trupa.


Łatwo się domyślić, czemu służy ten wywód o Ściance. Przy debiucie Trupy często padały porównania do autorów Dni Wiatru, i coś faktycznie w tym było, nie da się zaprzeczyć. Ale zespół Grzegorza Kwiatkowskiego to twór wyraźnie indywidualny i nie można go łatwo zbyć, nazywając kopią czy epigonami Ścianki. Potwierdza to najnowsza płyta ++, która brzmi zdecydowanie lepiej niż debiut, jest bardziej przemyślana, lepiej wyprodukowana, ciekawsza i pełna lepszych kompozycji.

Jeśli chodzi o nastrój, jest trochę smutniej niż na pierwszym albumie. Może jakiś wpływ miało na to miejsce, w którym album był nagrywany (Nowa Synagoga w Gdańsku-Wrzeszczu)? Ciężko powiedzieć. Ale wracając – kawałki są dość surowe, ale mają w sobie więcej przestrzeni i powietrza. Nie są aż tak brudne i chropowate jak utwory z poprzednich wydawnictw, co wyszło grupie tylko na plus. A co można powiedzieć o brzmieniu ++? Artyści wykreowali bardzo ciekawą, eklektyczną mieszankę awangardowego rocka, jazzowych wprawek, relaksujących, łagodnych melodii, post-rockowych spięć czy krautrockowych wibracji. A wszystko to spięte klamrą rockowej filozofii.

Spójrzmy na same kawałki: opener kojarzmy mi się trochę z wczesnym Pavementem (okolice Crooked Rain), choć to za mało, żeby oddać wszystko to, co dzieje się w „I Hate”. Jest trąbka Tomasz Ziętka, jest powtarzający się, hipnotyczny bas i wreszcie jest noise’owy jazgot, urywający się na koniec utworu, za każdym razem stwarzając niesamowite wrażenie. Potem mamy kruchą balladkę „Felicy” z niepokojącymi zwrotkami i z wprowadzającym niemal anielską aurę refrenem. „Miracle” pędzi po rewirach Sonic Youth, a „Over”, z kapitalną partią trąbki Ziętka, obleczoną całą gamą motywów, kończących się równie znakomitą kodą, to spokojnie jeden z highlightów ++.

Do takowych zaliczyłbym jeszcze odrywający się od ziemi obrazek „Home”, najbardziej brutalny w zestawie, oparty na powtarzającym się basie oraz dopełnionym potężnym saksofonowym jazgotem (za który odpowiada Mikołaj Trzaska) „Dei”, oraz ascetyczną w formie litanię „Influence”, z powtarzającym się jak mantra zdaniem: All you saying is getting real. Tutaj mógłbym dotknąć kwestii tekstów – czemu niby wszystkie są po angielsku, przecież polski jest taki piękny? Ale wydaje mi się, że takie pytania są śmieszne, bo skoro Trupa postawiła na angielski i to ze świetnym skutkiem, to nie rozumiem czemu mam narzekać na brak mowy ojczystej?  Absurd jakiś.

Płytę kończy „Exist”, pieśń brzmiąca jak jakaś marynarska przyśpiewka. Ciekawie to się łączy z wymową kawałka i z drugą częścią kompozycji, która po przerywniku wprowadza jednak trochę światła, przynajmniej ja tak to odczytuję. A jeżeli chodzi o odczyt całości, to jestem zdecydowanie na tak. ++ to jedna z najciekawszych polskich płyt tego roku, a i na tle światowym radzi sobie bardzo dobrze. Brawo. No i ten listopad wcale nie musi tak szybko przychodzić. 

7

Tomasz Skowyra

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zostaw wiadomość.